Dzień św. Patryka

Marzec 23, 2010

Na dzień św. Patryka chłopakom zachciało się iść do Irish Pubu. Pomyślałem, że też sobie pójdę, piwa się napiję. Założyłem więc jedyną zieloną koszulkę, którą miałem w szafie, z głową George’a Besta, chociaż prawdopodobnie żaden z niezdrowo zafascynowanych krajem zielonej koniczynki nie wiedziałby kto to jest. Podobnie jak nie wiedzieliby kto to Yeats. Albo Wilde. Kojarzyć to oni mogą Bono. Dobra, koniec dygresji.

Poszlimy więc we czwórkę do jednego Irish Pubu nieopodal skąd właściciel Irlandczyk wyprosił nas, bo za dużo ludzi i w ogóle, żebyśmy spierdalali. Było około godziny 21, a ja jako urodzony sceptyk i pesymista musiałem stwierdzić, że wypić to my se dzisiaj wypijemy, ale Warkę z ziemniaków zamiast Guinessa. Koledzy nie chcieli zrezygnować, wbiliśmy więc do innego, niedaleko położonego baru – Frodo. Lokal, o wielkości mojego pokoju w mieszkaniu w Warszawie, cały był zapełniony. Wszyscy wyszli z niesmacznymi minami, kiedy nagle właścicielka czy kelnerka niemalże siłą nas ściągnęła zapewniając, że będzie fajnie, że napijemy się piwa, dobrze się będziemy bawić i posłuchamy muzyki na żywo. No to zostalimy. Nieco podejrzliwie patrzyłem na wszystko dookoła – na niewygodne miejsca, na muzykę, która miała być na żywo, chociaż miejsca już nie było, na duże zagęszczenie długowłosych mężczyzn, którym nie ufam, bo jest czterokrotnie większa szansa, że są oni hipisami, pacyfistami, greenpeace’owcami, lewakami, studentami, metalowcami, happysadowcami i innymi takimi, których raczej sobie nie cenię. Mimo wszystko było jednak fajnie, ba, bardzo fajnie. Całkiem wporzo ci ludzie, nawet kudłaci. Tylko ta muzyka na żywo – jakiś długowłosy z gitarą pruł ryja i to tak głośno, że nic nie można było usłyszeć. Lepiej by było włączyć tam Dropkick Murphys, The Pogues, Clannad, Enyę, Sinnead O’Connor, U2, Irlandczycy dużo mają fajnej muzyki. No, ale rozumiem, że to był znajomy, w ogóle taka rodzinna atmosfera, to se musiał pośpiewać.

Za to Guiness to było coś przewspaniałego. Piłem już nie raz Guinessa, z tym że zawsze z malutkiej butelki i smakował on wtedy normalnie – bez orgazmów. A wtedy – w kufelku, z megagęstą pianą i idealnie schłodzonego – no po prostu cudo. Teraz już każde normalne piwko, łącznie z Heinekenami i innymi będzie jakimś takim zwykłym sikaczem. No, ale trudno, pooszczędzam sobie na następnego Guinessa.

Do domu wróciłem koło w pół do pierwszej. Był to w miarę udany dzień św. Patryka.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.